Przyznam się, że nie widziałem całego meczu Lech – Wisła. Tylko pierwsze kilka minut i dwadzieścia ostatnich. Ale to co widziałem, widzieli też zapewne piłkarze Legii Warszawa. I mogą wciąż mieć nadzieję, że nie przegrali walki o tytuł. I nie chodzi tylko o rozstrzygnięcie w meczu.
Nie wspominam o pilkarzach Ruchu Chorzów i Polonii Bytom bo to nie są kandydaci na mistrza. Przy całym szacunku dla waleczności i ambicji jaką prezentują na początku sezonu, już nie raz widziałem rycerzy jesieni, którzy wiosną tracili impet, a często zimą co lepszych piłkarzy. Nie mam wątpliwości, że pierwsze trzy miejsca pod koniec sezonu zajmą Wisła, Legia i Lech. Ale niekoniecznie w tej kolejności.
Co widziałem na boisku we Wronkach? Sławomira Peszko, który stojąc 5 metów od bramki nie trafił w piłkę. Lechitów, którzy potrzebowali trzech dotknięć piłki żeby ją opanować. Hektary wolnej przestrzeni, przed polem karnym Wisły. Setki kiksów, niecelnych podań, zmarnowanych sytuacji, wybijanie piłki, trafianie w kolegów z drużyny. Komentujący mecz Kazimierz Węgrzyn wychwalał mecz pod niebiosa. Owszem, coś się działo, bo obie drużyny popełniały błędy. Ale w tych 30 minutach które widziałem więcej było nieporadności niż solidnej gry. Legia na pewno nie zagrała w Gliwicach gorzej od głównych rywali.
Żeby jednak mówić o tym, że warszawianie mieli szansę nawiązać z Wisłą rywalizację Legia musi wygrać za trzy tygodnie z Wisłą, a na wyjeździe nie wygrała z nią od bardzo dawna. Co z tego, że w ostatnich minutach przycisnęła Piasta, skoro nie wygrała. Musi zacząć w ogóle na wyjeździe wygrywać, z czym ma niezrozumiały problem, Musi zacząć trafiać w bramkę, bo w meczu z Piastem na 17 strzałów celne były tylko 3, z czego dwa w akcji która dała gola. Wreszcie musi zacząć przegrywać sama Wisła.
Dużo warunków, jak na jeden pożądany efekt.
Ostatnie Komentarze